Adulogia



O ulicach.

Tak, brałam się za pisanie razy naście, ale przeżywałam rozterki co do treści. “Moja historia Radiohead – od poznania w przedszkolu przez paruletnią przerwę, do teraz, kiedy dają nieco przyjemności, ale nie mogę się zmusić, by wysłuchać ich wszystkich płyt od deski do deski”? “Moje nieistotne imieniny, ale urodziny Johna Frusciante, moja historia zdominowana przez “Och, nie wiem, czy go lubię”? “Pnau”? M.I.A. ze swoim zapomnianym, ale fenomenalnym “Paper Planes” oraz albumem, który przesłuchałam naprawdę dogłębnie dopiero teraz, z analizą, przed i po pokazie “Loffciaj oraz tańcuj”?

Zdecydowałam się na The Streets. Niby nic, nie miłość muzyczna, bynajmniej, ale… Facet się zajmuje hip-hopem, gatunkiem mi zupełnie odległym. Z twórczości tego typu słuchałam kiedyś (nie za wiele) Snoop Dogga, Pharella, nim stał się panem od Madonny, kojarzę 2Paca… No i Beck, bezkonkurencyjny mistrz uszów moich w okresie zimowym.

I o mnie się mówi: “Kocham twoją wiedzę muzyczną” (dziękuję, panno Zi).

Pan Mike Skinner od piątego roku życia pozostawał rozmiłowany w klawiszach oraz czuł, że chce się poświęcić twórczości dźwiękowej. Zaliczył, oczywiście, etap “pierwszych prac w fast-foodzie”, ale mu się udało. Do tej pory wypuścił cztery krążki, ostatni pod koniec września. Gościa kojarzyłam dzięki MTV 2, był też lata temu na Open’erze, więc hasło “Ulice” do obcych nie należy.

Jak wszyscy wiemy, bodźcem do zaktywizowania się mojego, jeśli chodzi o nową muzykę, było nabycie iPoda. Od lutego po głowie chodził mi pomysł sprawdzenia, cosz tam z tym Streetsem, w końcu się z braku weny przełamałam. Jedna rzecz pozostaje denerwująca. Czemu nie posłuchałam wcześniej “Newsweeka”? Recenzja z gazety leciała mniej więcej tak: “świetna płyta na jesienne doły, wprost idealna”. Racja, racja, racja. Ach, gdybym miała “Everything Is Borrowed” w okresie swojej depresji! Za późno, to wina Freuda, kompleksów Edypa, ciśnienia, wszystkiego!

Wielu narzeka, że to kabaret hip-hopowy, nie prawdziwy krążek, mnie pasuje. Ma brytyjską nutkę, podkłady bazują na wspaniale dobranych (choć niby w tylu wcześniej słyszanych) smykach, chórki nadają całości ton lekki, nieco popowy, przystępny. Nie arcydzieło, ale album naprawdę wart uwagi, chociaż na chwilę.

A The Streets jest bardzo mądry, oglądałam z nim wywiad, natomiast “The Escapist”, choć słyszany tyle razy, pozostaje utworem zupełnie letnim, chcę go kiedyś usłyszeć ze słońcem, spokojem, zapachem trawy i kimś zorientowanym muzycznie w tle. Tak, to taki ziomalski kawałek jest, myślę. Czyli dobrze dla hip-hopowej dogmy, prawda?

O, i Mike woła “Oi!” zamiast “Yo!”, za co należą mu się oklaski. Wizjoner.


Komentarze

  1. Olga mówi:

    Eitai ma imieniny?! Eitai ma imieniny! HAPPY BIRTHDAY! :D

    Potwierdzam, bodźcem do Twego zaktywowania się było niewątpliwie uajfonowienie. Niejaki Mateusz K., fan potrząsania (ajfonem oczywiście) mógłby to potwierdzić.

    Natomiast ja dowiedziałam się dzisiaj o hip hopie wyjątkowo dużo (no dobrze, bez przesady) dzięki prezentacji tow. Żurka, który zastanawiał się na etyce, czy wulgaryzmy w muzyce są etyczne. I nawet nie zajrzał do Gazety O. (Jak Olga!)! Niech znignie, foch na niego!

    A “Loofcianie i tańcowanie” nie było takie złe… Na pewno nie wolałabym “Popiełuszki” ^^.

    | Odpowiedz Data dodania 11 months ago


Dodaj komentarz

(wymagane)

(wymagane)



Formatowanie Twojego komentarza
Powrót do góry | Pole tekstowe: Większy | Mniejszy